blog srog blog srog blog srog

Wyniosłość mam i Wzgardę. Wszystko Uzasadnione.

na święta ludziom rury miękną

2

W związku z tym, że dostałam sygnały, że obcy ludzie się martwią, czy żyję chciałabym powiedzieć, że żyję oraz, że stałam się niezwykle nieinteresująca.

Ale miło, że pytacie. Kimkolwiek jesteście. Kiedyś się napiję jak kiedyś i znów coś napiszę. Będę udawała jak kiedyś, że jest interesująco. Jak kiedyś.

życie mi iskrzy

8

Mam od niedawna prawo jazdy, od dawna auto i, kiedy połączyłam te dwie rzeczy okazało się, że one nie współistnieją. Nie umiem parkować, nie wiem, która to jest lewa, a która to jest prawa strona. Kiedy trąbią zawsze myślę, że to na mnie. A ostatnio to nawet wątpliwości żadnych nie miałam. Trąbili na mnie. Chuje. A ja z troski się zatrzymałam nagle. Nie wiedziałam, czy ten tramwaj będzie jechał, a potem te samochody z prawej strony. Z troski się zatrzymałam ponownie.

Obtrąbili mi troskę.

Skoro już jestem dorosła i mam prawo jazdy i auto i nie umiem jeździć, podjęłam decyzję o wejściu na kolejny level.

Zadłużona, bez grosza przy duszy postanowiłam kupić mieszkanie. Na kredyt. Taka miła pani powiedziała, że banki mnie przyjmą z otwartymi ramionami. Zachwyciło mnie to. Postanowiłam się w te ramiona wtulić.

Oczywiście uderzę w deweloperkę na przedmieściach. W końcu mam auto i prawko, nie? Stan surowy, ale ja lubię zakalce. Weszłam na forum tego dewelopera i fantastyczna rzecz się okazała. Kiedy już zapłakana, cała we krwi wysiądę z rozbitego auta i wejdę do swojego mieszkania w stanie surowym, okaże się, że na ścianie jest grzyb, a w garażu stoi woda. Bo to tereny podmokłe.

Ja nigdy nie szłam z prądem. To prąd zawsze szedł ze mną. Życie mi iskrzy. Przeczuwam Zwarcie.

-Cześć Dyrektor Naczelny!

-No cześć Kaśka, co tam?

-Słuchaj, musimy wybrać tego no, blogera.

-?

-No wiesz, tego z konkursu, co był.

-Aaaa. No i?

-No i wiesz…Terminy nas gonią i ten, no. Trzeba by już, wiesz. Srają się na tym fejsbuku, że ojej.

-Słuchaj Kaśka, nie mam czasu. Zagadaj z Dyrektorem Artystycznym. On Artystyczny, to będzie wiedział.

-okej.

-I wiesz. Napisz na fejsbuku, ze jeszcze kilka dni. Bo się posrają tam do końca.

-Dobra.”Ostateczny wynik konkursu pojawi się na blogu oraz na portalu facebook nie wcześniej niż 15 maja.” – może tak być?

-Może, może. Lecę, pa.

-Pa, Dyrektor Naczelny.

Tydzień później

-Cześć Dyrektor Artystyczny!

-Cześć Kaśka, co tam u Ciebie? Fajna sukienka.

-Dzięki. Słuchaj, trzeba tego blogera wybrać. Masz jakieś typy?

-?

-No wiesz, z tego konkursu, co żeście z Naczelnym wymyślili.

-Aaaaa! Blogiera! tak tak. Ale nie powiedziałaś co u Ciebie. Naprawdę świetnie wyglądasz.

-Dzięki. U mnie okej. To co z tym blogerem? Już nie wiem, co im pisać.

-Napisz, że jeszcze kilka dni. Druknij mi te teksty. Ale tak z pięć to maks. Takie krótsze. Dłuższe do Naczelnego. Bo zarobiony jestem. Na chuj nam ten konkurs był to ja nie wiem. Ale sukienka świetna, świetna! Pa.

-Pa.

-Aaaa, napisz im, że jeszcze kilka dni. Że poziom wysoki był (wiesz, będą się grzali) i, że wybór trudny, zresztą sama wiesz co pisać, cały czas siedzisz na tym fejsuku, nie? No to pa.

-Pa.

Tydzień później.

-Cześć Artystyczny.

-Cześć Naczelny.

-Czytałeś te recenzje?

-?

-No te blogowe, z konkursu.

-Aaaa. Nie. A ty?

-Ja też nie. Nie chciało mi się.

-Mi też nie.

-To co robimy? Losujemy, czy dajemy spokój?

-Rzućmy monetą. Masz coś?

-Nie. A ty?

-Ja też nie.

Kurtyna.

no byłam, no

6

No poleciałam tam, wsiadłam do pociągu, potem do metra, potem do metra, a potem stałam.

Stałam i zastanawiałam się dokąd iść.

Miałam wydrukowaną mapkę z drogą z metra do hotelu, obracałam nią we wszystkie strony i nic.

Podeszłam do stojącej wiaty z mapą, jeździłam po niej zmarźniętym paluchem i nic. Krążyłam krążyłam, ciągnąc za sobą małą walizkę, w której zacina się rączka, aż pełna dumy, z pogniecioną mapką w ręku dotarłam.

Nie ma się co oszukiwać. Byłam w City i byłam z siebie dumna.

Czekałam na Rumunkę, a kiedy w końcu dotarła i zaczęła trajkotać okazała się Rzecz Straszna.

Nie umiem mówić po angielsku. Po angielsku to ja maile piszę, czasem mogę o finansach pogadać. Ale smoltoki to nie.

Rumunka nie była brudną brunetką, nie chciała ode mnie kasy. Nic z tych rzeczy.

Była drobną farbowaną blondynką, ze świentnym, uroczo kanciastym angielskim i matczynym do mnie podejściem pomimo tego, że urodziłyśmy się w tym samym roku. Była na maksa entuzjastyczna i profesjonalna.

Kiedy zapytałam, czy pali, bo idę na taras ona zrobiła wielkie oczy, klasnęła w rączki i powiedziała „palisz! fantastycznie!”

Kiedy paliłyśmy powiedziała „Nie wierzę, że palisz! Booże! Mamy tyle wspólnego!”

Nie uważałam, że mamy wiele wspólnego. Ja byłam wyższa a ona niższa, ja byłam z Polski a ona z Rumunii, ona mówiła po angielsku świetnie a ja nie, ona farbowała włosy na blond a ja na rudo.

No kurwa nic, tylko palenie, to co ona mówi.

Uśmiechnęłam się i odpowiedziałam „Yes!”

Rano byłam nieprzytomna, kiedy wyszłam w piżamie, ona już siedziała ubrana profesjonalnie, z ułożonymi włosami, czekającą parasolką, i uprzejmym „jak spałaś? oczywiście, że na Ciebie zaczekam!”

Po drodze do firmy, w deszczu trajkotała. Fajna była, bo wszystko robiła za mnie. Na pasach stałyśmy i zaczepiła nas Dziewczyna we Fiolecie. „Przepraszam, wy też na łorkszopy?”. To szłyśmy we trzy. Ja, Rumunka i Śliwka Węgierka.

Dziewczyna z Węgier miała fioletowy płaszcz i cienie i paznokcie. Bawiło mnie to bardzo. Nie wiedziałam, jak jej wytłumaczyć moje skojarzenia, więc tylko się uśmiechałam z sympatią.

Przez to, że niewiele mówiłam i jestem bardzo chuda Rumunka obtoczyła mnie jeszcze mocniejszą matczyną opieką niczym nieśmiałą anorektyczkę.

Straszne były te Łorkszopy. Prowadziła je Zimna Belgijka i Ciepły Amerykanin. Widok z okna był świetny. Temat szkolenia do dupy. Szwed wyglądał jak prawiczek, Belg jak szczeniaczek, Holenderka była spoko – też chyba nie chciała tam być.

Z czułością jednak wspominam Słowaka. Miał fioletową koszulę, błyszczący fioletowy krawat, złoty sygnet, wielki brzuch i przez cały czas jadł. Przez cały czas. Jedyne co mówił w ramach komentarza do rozmów to „common!”. Rumunka powiedziała, że leciała z przesiadką, bo takie bilety były tańsze, firma tak kazała. Słowak podniósł brew, przewrócił oczami i pełen oburzenia powiedział „common!”

Potem w przerwie Belg Szczeniaczek powiedział, ile czasu leciał do Londynu. Słowak wykorzystał okazję, gwizdnął z uznaniem i powiedział „common..”. Lubiłam, kiedy to mówił.

W przerwach chodziłam ze Śliwką Węgierką na fajka. Jej angielski był gorszy od mojego, ale zdawała się tego nie wyczuwać. Zapytałam ją, czy lubi swoją pracę a ona, że tak. Pewnie nie umiała uzasadnić po angielsku, czemu nie, więc poszła na łatwiznę.

Wieczorem poszliśmy na piwo, gdzie wypiłam dwa, Rumunka mi zaimponowała bo ni stąd ni zowąd przy piwie zaczęła mówić o międzynarodowym funduszu walutowym. Udało mi się nawet sensownie wtrącić. Szukała słowa a ja powiedziałam „conditions” a ona skierowała we mnie palec i krzyknęła „exactly!”.

Potem poszliśmy jeść do ładnej restauracji, usiadłam w kącie ze Śliwką Węgierką, ale dosiedli się do nas Ciepły Amerykanin i Brytol o miłym głosie. Brytol zapytał mnie, czy mam sztućce. Nie wiedziałam jak są po angielsku sztućce, domyśliłam się z kontekstu. Wkurzyło mnie to, bo przecież sprawdzałam, jak jest widelec przed wyjazdem, a dostałam po ryju sztućcami.

Śliwka Węgierka z każdym wypitym przeze mnie kieliszkiem wina mnie bawiła. Uznałam, że jest super. Lubiłam, kiedy mówiła do Ciepłego Amerykanina. Np zapytała go, co to jest krab. On jej tłumaczył a ona nie rozumiała. Ale wyglądała, jakby jej to nie przeszkadzało. Zamówiła i jadła, nie mając pojęcia co to jest (był zmielony). Spróbowała i powiedziała „very interesting”.

Zaproponowałam fajka, ona, że chętnie i niestety Ciepły Amerykanin powiedział, że też chce. Zapytał mnie „do you smoke normal ones?”, a ja się rozpływałam nad tym, że nie! Głównie palę wieczorami! Pierwszego papierosa zapalam po pracy!

Patrzyłam na jego zdziwioną twarz, zrobiłam pauzę i sprostowałam. „Palę cienkie”.

Na szczęście potem Śliwka Węgierka zakryła moją wpadkę. Kiedy otworzyliśmy butelkę wina, zaświeciły jej się oczy i postanowiła kulturalnie zagadnąć Amerykanina „You like red or white wine?” ‚what do you offer to me?”. Pokochałam tę dziewczynę. Od samego początku zresztą, kiedy skwaszona w firmie podeszła do mnie ze swoim identyfikatorem i zapytała mnie, czy dobrze mi wpisali nazwisko, bo do jej imienia dodali „s” na końcu. Ildikos. Jak jakiś grecki bożek.

Upiłam się.

Kiedy wróciliśmy do hotelu podszedł Słowak i zapytał, czy idziemy pić dalej. Ja mówię do Śliwki Węgierki „idziemy?” a ona, że nie. Słowak spojrzał na mnie i powiedział „heej, commooon!”.

Mimo tego, że nie poszłam, rano miałam mega kaca i rewolucje żołądkowe.

Drugi dzień szkolenia upłynął mi pod znakiem przysypiania, przyjmowania zimnego spojrzenia Zimnej Belgijki i ogólnego poczucia kompromitacji. W przerwach ludzie stali przy wielkiej przeszklonej ścianie, i na tle panoramy londyńskiego city nawiązywali kontakty.

Ja siedziałam z zamkniętymi oczami przy wielkim pustym stole i masowałam skronie. Chciałam do domu.

Wracałam z Rumunką, bo miała samolot o tej samej godzinie. Nie miałyśmy jak kupić biletó do metra. Automaty nie chciały naszych kart, nie miałyśmy bilonu, a stanowiska z ludźmi były nieczynne. W jednym okienku siedziała baba ale nam pokazywała kartkę z napisem ‚nieczynne’ Rumunka opanowana jej tłumaczyła, że musimy kupić bilet, że samolot i usłyszała w odpowiedzi zniecierpliwione ‚i dont care’.

Kiedy spojrzałam na Rumunkę, która przez cały wyjazd była mega opanowana – zobaczyłam wrak człowieka.

Z oczy płynęły jej łzy, wymachiwała środkowym palcem we wszystkie strony i krzyczała ‚fuck you london, i hate london’.

Tym razem ja byłam jej matką. Pojechałyśmy na gapę.

Dobrze być w domu. Mam wyjebane na Londyn.

Za to pobiłam rekord dlugości notki.

London Bejbe!

5

Jestem zestresowana permanentnie. Bo.

Czuję się jak dziecko jeszcze. Najbardziej to tak się czuję w pracy, kiedy mnie wysyłają na Trudne Spotkania. Muszę wtedy udawać Dorosłą, co mnie kosztuje masę nerwów. Muszę udwać, że się znam na różnych rzeczach i branżach, a do tego mi dorzucili, że muszę udawać znajomość języków.

Zostałam wydelegowana do londonu (tak, ubiegając komentarze, wiem, że nie ma takiego miasta londyn). Jest to zaiste ekscytujące, tym bardziej, że mój angielski jest bardziej niewerbalny niż werbalny. Czuję stres. Będę musiała się dostać z giga lotniska do innej części miasta pociągiem, potem metrem a potem jeszcze raz metrem. Sama. Nie mam sense of space nawet w moim rodzinnym mieście Warszawie.

Czuję się podekscytowana i przerażona. Prozac poganiający Xennę Ekstra.

Do tego dostałam maila, że będę zakwaterowana z Rumunką. Wiecie jak jest. Nie dość, że obce miasto, to jeszcze łorkszopy po angielsku, smoltoki i najgorsze jest to, że trzeba spać z otwartymi oczami, żeby ci Rumunka portfela nie zakosiła. Ale spoko, może okaże się fajna i wieczorem wyskoczymy na Żebry.

Będę też miała kolację internacjonalną. Specjalnie na tę okazję wykupiłam sobie onlajnowy kurs angielskiego celem refreszing maj inglisz. Musiałam sobie przypomnieć, jak jest po angielsku widelec. Kiedy to sprawdziłam, okazało się, że ja wcale tego nie zapomniałam. Ja zwyczajnie nigdy nie wiedziałam. Dzięki temu, że sprawdziłam, uniknęłam kompromitacji siedzenia nad rybą i proszenia kelnera o łyżkę. Bo jak jest łyżka to wiem.

Z tych kilku godzin kursu onlajnowego, który sobie zafundowałam zapamiętałam dwa zdania:

She attempted to smile.

i

Children love to have stories read aloud to them.

I tym zamierzam podbić serca internacjonalne podczas kolacji.

Na łorkszopach postanowiłam być wycofana.

Znajomi zaproponowali, żeby wzięła ze sobą kamerę i kręciła z ręki film z mojej podróży z lotniska do hotelu. Miałaby to być wielkomiejska wersja ‚blair witch project’.

Myślę o tym

Ściskając w ręku

Stoperan.

Rozmawiałam z Woodym i on mówi do mnie, że wiesz co? No ta Żółkowska bardzo w porządku. Nerwowa taka jak lubię, chodziła w te i we wte, może chudsza powinna być, bo neurotycy wychudzeni zawsze, ale wiesz. Może po psychotropach napuchła, niech będzie.

Napawają mnie radością w teatrze i w książkach i w ustach ludzi z pozoru eleganckich Wulgaryzmy.

Cieszy mnie Allen za te Wulgaryzmy właśnie, a teatr mnie cieszy za to, że te Wulgaryzmy na deski wpuszcza.

Bo, kiedy nic się nie dzieje, wchodzi Wulgaryzm to się ludzie na widowni cieszą. Bo aktor ma taki brudny język. Że ojej. Jak widz po wyjściu ze sztuki, kiedy zdejmie krawat i korale i ray bany i nałoży sobie na usta wkurwęmać i zajebistość.

Nie szkodzi, że nie słyszałam rechotu. Allen nie jest do rechotu tylko uśmiechu półgębkiem.

Tyle o Allenie.

Co do sztuki, abstrahując od Kogoś Obok Mnie, kto co chwilę na mnie zerkał śledząc moją reakcję, być może po to, żeby moją reakcją inspirować swoją – było przyzwoicie. Do momentu pseudozabawnego przerywnika, gdzie zdubbingowany Allen rzuca przefascynującą informację o przerwie, a po przerwie przefascynująco wita nas z powrotem.

Gdyby mnie ktoś zaraz po sztuce zaczepił na ulicy i wrzasnął ‚zabawa w skojarzenia!’ ja bym odwrzasnęła ‚okej!’ a ta osoba rzuciłaby ‚central park west!’ bez zastanowienia odpowiedziałabym ‚czarny penis, żółta sukienka!’.

Wiem, że to mało.

Ale Allen nie może być opowiedziany i interpretowany przed. Ja mam taki zwyczaj, że jak ktoś, komu ufam poleca mi film to ja nie chcę wiedzieć, o czym jest. Chcę wiedzieć, że mnie zaskoczy, że jest świetny. Chcę się dziwić od początku do końca.

I z takim nastawieniem polecam iść na tę sztukę. Czyli bez nastawienia.

A i polecam iść z kimś, obstawić się znajomymi ludźmi, żeby uniknąć sytuacji, że zamiast cieszyć się z relaksu będziecie siedzieli obok kogoś, kto w was wzbudzi alergię psychiczną. Świąd myśli.

Chociaż cholera wie.

Może Allena powinno się oglądać na Wkurwie.

Przyjedź po mnie.

1

Ja nie wiem, czy się do tego teatralnego świata nadaję. Mnie wychowała Korporacja. Niestety i Stety. Przedłużenie Liceum.

Wyobrażam sobie, że pójdę na tę przedpremierę i mnie capnie jakaś niunia i powie ‚a ty też z konkursu? A jaki jest adres twojego bloga?’. Zastanawiam się jak grzecznie odmówić podania tej informacji. Najlepszą odpowiedzią wydaje mi się

Ssij.

Chamstwem między oczy dla podtrzymania samotności.

Obejrzałam filmik z premiery takiej sztuki w tym teatrze. Że aktorzy, flesze, górale, mikrofony, podnieta, uśmiechy śnieżnobiałe.

I wyobraziłam sobie, że nagle by mnie tam wrzucili. I dodali „no idź do nich, rozmawiaj. Poczuj ducha teatru!”

I, że podchodzę z dyktafonem (założyłam, że sobie załatwię dyktafon) podejdę do aktorki albo aktora i powiem co. No właśnie siedzę i zastanawiam się co ja jej albo jemu powiem. Może „ej, a jak Wy tam gracie i to światło daje po oczach, to Wy nas na widowni widzicie?” „acha, no ok, dzięki”. I w tle surowa mina Derektora, który mówi do innego Derektora ‚ej, stary, co to ma być? Właśnie dostrzegłem, że ta osoba nie czuje ducha Teatru!’

No to stoję tam. I myślę sobie, co ja mam tam napisać. Na tym blogu.

I jedyne co mi przychodzi do głowy to ‚Pytałam i mówili, że oni nas tam nie widzą. Z powodu światła, które ich oślepia’. Mogłabym być takim łącznikiem, donosicielem. Donosiłabym im na siebie nawzajem. Widzom na aktorów i odwrotnie.

Pewnie stałabym tam, na jakimś bankiecie i w końcu wyciągnęłabym telefon i zaczęłabym udawać, że czytam lub piszę bardzo ważnego esemesa.

O treści.

„Przyjedź po mnie”.

Najbardziej inspiruje mnie Zdziwienie.

Takie coś, że się zatrzymam i pomyślę ‚ale jak to?’. Przystanę, z niedowierzaniem wskażę to palcem i rozejrzę się wokół szukając ludzi, którzy tak jak ja są zdziwieni. A najbardziej inspirujące jest to, kiedy wokół nikogo nie dziwi to, co ja widzę. To ja mogę się zdziwić podwójnie i odczuwać intensywniej.

Topielec.

Dziś z Wisły wyłowili Topielca. Słońce mnie raziło, przedwiośnie budziło, wydychałam z ulgą zimę i zobaczyłam, że policja stoi nad Topielcem.

Kontrast.

Topielec kontrastował z Warszawą, którą przedwiośnie zaczęło wybudzać z marazmu. Leżał sobie na plecach, miał za krótką kołdrę z folii. Wystawały jego stopy i głowa. Starsze panie z nordic walking zerknęły na Topielca, uśmiechnęły się do siebie i dalej spacerowały.
Ludzie robili sobie zdjęcia na tle Przedwiośnia. Ja psu piłkę rzucałam, a pies za nią biegał. I dziewczynka taka zapytała, czy może rzucić, a ja, że może, ona rzucała i pies biegał. ‚Zostaw pieska, w domu masz dwa’ powiedziała mama dziewczynki, a dziewczynka na to z grymasem, że jej pieski nie aportują.

A Topielec grzał się w słońcu, kontrastując z życiem, co się właśnie dookoła uaktywniało.

Pewnie do tego konkursu powinnam napisać, że inspiruje mnie dobry teatr albo dobra książka albo dobry film.

Ale nie.

Inspirują mnie ludzie.

Żywi lub martwi.

Swoją notkę dedykuję

Topielcowi.

Mam tę pracę?

Za chwilę będę próbowała się sprzedać

0

proszę o wyrozumiałość.

Dobry wieczór

3

Dawno nie pisałam, ale mnie zainspirowała (tu nowe pojęcie) wirtualna rzeczywistość. Nie oszukujmy się. Nie dość, że nie pisałam bloga, to nie czytałam innych. Nie oszukujmy się dwa. Jak pisałam to też nie czytałam innych, bo wiadomo, wszystkie są nudne. No może dwa albo trzy, ale z doskoku.

Nadrabiam zaległości i oto co mnie wkurwia.

Walniesz notkę, nie oszukujmy się. Rzygniesz słowem. Nieprzemyślanie, albo raczej przemyślanie spontanicznie, czyli tak jak ja teraz piszę na tych za małych klawiszach na netbuku (więc darujcie sobie potencjalne wypominanie literówek czy czego tam chcecie onetowcy pieprzeni).

Otóż, jak ktoś coś pisze, często ma na to wyjebane.

Więc nie moralizujcie, nie naprowadzajcie na dobrą drogę, nie wydłubujcie empatii i nie interpretujcie z przekonaniem trafności.

Bo skończycie jak marni poloniści, którzy myślą, że wiedzą, co poeta miał na myśli.

A wiadomo, że

On Sam nie miał tej wiedzy

tak do

Końca.

Dziękuję.

Ja i moje wino z

.idla.

Zachęćcie mnie do pisania. Bądźcie mądrzy.

także tak to właśnie wygląda

2

że tamta notka jest stara, ale dla anonimowości wrzuciłam ją na innego bloga, którego mi się nie chciało prowadzić od zera.
Teraz mi też się nie chce od zera, więc wzięłam tamtą.

Będę znów pisała bo chcę poklasku i splendoru oraz, bo mam przerośnięty sentyment.

Poza tym, mam chujowe życie i wymyśliłam se, że tutaj se je będę urabiać i autoironizować, żeby mnie rozbawiło.

się stało w czerwcu 2011

0

W tym smutnym dniu poszłam uśpić Psa. Po osiemnastu latach stwierdziłam,
że Psa nie kocham. Po uśpieniu okazało się, że jednak kocham.

Ale ja o przed.

Pani z pudełkiem na buty, w poczekalni: A co jest pieskowi?
Jak to co?
Pani z pudełkiem na buty, w poczekalni: Chory jest?
Tak, idę go uśpić.
Pani z pudełkiem na buty, w poczekalni: Oj, przepraszam <chwila
milczenia>A mogłybyśmy połączyć te dwa przykre wydarzenia? Mam tu
srokę do uśpienia. To bym już nie czekała.

Do uśpienia? To pytanie zadaję sobie do dziś. Przecież ta sroka już spała.

Śmierć mojego Psa kosztowała 85 zł. A sroki dychę.

Przesrane, mówię Wam.

projekcje profilaktyczne, czyli o lekarzofobii

2

Źle się czułam jadąc do pracy. Myślę umówię się do lekarza. Dzwonię. Umówiłam.

W pracy siedzę i myślę sobie. iść. nie iść. zrzygam się. kaszlę. ale przecież chodzę, mówię – nie pójdę do lekarza. Poza tym mam sukienkę, nie mam stanika. Lekarz to pewnie zbok, jak ten z telewizji, co cycki zawsze chciał oglądać. i waginy. a to internista był. A nawet jak nie będzie chciał oglądać cycków to zwolnienia mi nie da. Bo kasłać to mogę w pracy też. co za różnica. Nie idę.

Mówię głośno w pokoju. iść, nie iść do lekarza?

Złotowłosa mówi, żeby iść. Że co mi szkodzi. Nie opowiadam jej swojej projekcji, i tak nie zrozumie.

Idę. choć nienawidzę lekarzy.

 

Wchodzę, patrzę – siedzi stary zbok. Opowiadam co mi jest, wiedząc, że to nic poważnego, tak też mówię. On mi każe się rozebrać to ja szybko mowię, że sukienki nie zdejmę! nie zdejmę!

 

A on na to „to nie”.

 

Wypisał zwolnienie. Na tydzień. 

 

Wyrwałąm i uciekłam.

 

Teraz odpoczywam. Duszę się i smarkam. Wywalczyłam to. Ech. Co to była za wojna

i jeszcze o psach w przypowieści walentynkowej.

4

Niekorporacyjny opowiedział o takim jego kumplu, który sobie znalazł żonę w słonecznym kraju i ją sprowadził do naszego, wiadomo jakiego. No i ja se myślę, że kurwa tam tak pięknie, wszyscy uśmiechnięci, co ona tu robi? co ona tu robi?

Zapytałam Niekorporacyjnego.

„jak jej tu?”

Niekorporacyjny się zaciągnął papierosem i powiedział:

„widzisz, ona jest jak moja suka. Ona jest szczęśliwa, bo jest z nim. Moja suka ma to samo – gdzie bym jej nie zabrał, to jak jest ze mną to merda ogonem i się cieszy. wiesz, nieważne gdzie, ważne, że z nim”.

 

Pomyślałam, że łał. Że ci ludzie ze słonecznych, egzotycznych krajów to jednak mają inną emocjonalność. 

 

Niekorporacyjny w dalszej części wieczoru zapytał „znacie kogoś, kto by się zajął moją suką na dwa tygodnie?”

 

Ja na to, a jaka jest ta jego suka, czy zniesie rozłąkę, czy nie będzie tęskniła, dramatyzowała, no jak, jak?

 

A on na to „nie wiem, kurwa. pierdolę to, lecę do egzotycznego kraju”.

 

 

 

 

 

 

Mam psa nieśmiertelnego, co ma wszystkie choroby świata. Kolekcjonera chorób i lat i zaskoczonych spojrzeń weterynarzy.

Podjęłam decyzję, żeby skrócić jej żywot, coby się nie męczyła dłużej. U weterynarza spojrzała na mnie swoimi ślepymi oczami a ja jej dałam ostatnią szansę.

Dzień później odżyła. Odzyskała siły witalne i mi udawadnia na każdym kroku, że jest okej, że znów chętnie na spacer, stoi przy misce żądając jedzenia, prezentując swój zdrowy apetyt.

Kiedy zaprezentowałam ją odmienioną dzień później lekarzowi ten zmarszczył brwi i powiedział „yyy”.

 

Byłam kilka dni temu w sklepie, gdzie pan Klient powiedział pani Kasjerce „dla pani wszystko”. A ta pani na to obruszona, że ona chce tylko drobne, bo ona się już nadostawała, niczego od pana Klienta nie chce. W ogóle nie chce nic od żadnego Polaka. Nadostawała się. Widać było, że ta pani naprawdę niczego nie chce. I, że się nadostawała. A pan Klient zażenowany zabrał zakupy i uciekł z pląsem.

 

Zastanawiam się, czy gdyby tej pani przyłożyć usypiający zastrzyk, po chwili jednak go odłożyć na bok i wypuścić ją na wolność, byłaby miła dla Klientów.

 

chuj wie.

 

 

 

 

To jest tak, że z perspektywy pracodawcy to ja mam wiele szczęścia i powinnam być wdzięczna, bo dostaję pieniądze (wg pracodawcy dużo jak na wkład mojej pracy), możliwości rozwoju (na potrzeby pracodawcy) i nie wiem co kurwa jeszcze, bo zwyczajnie nie pamiętam.

 

Z perspektywy mojej dostaję pieniędzy za mało (jak na wkład mojej pracy), możliwości rozwoju (chorób cywilizacyjnych) i kupę stresu zaznaczającego się na mojej jeszcze niedawno młodej twarzy. Moja psychika jest regularnie rozjeżdżana walcem a na walcu jest napisane „bądź nam wdzięczny, tyle ci dajemy”. 

 

Moje wymarzone podejście to takie, o którym mi ktoś, nie pamiętam kto opowiadał. O dwóch złodziejaszkach w jakimś empiku czy innym sklepie. Otóż najpierw umawiali się na to co i gdzie ukradną a następnie jeden z nich powiedział moją ulubioną kwestię:

„Kurde, praca to fajna rzecz. Nie dość, że ci organizują czas, to jeszcze za to płacą”.

 

Marzy mi się takie podejście.

Tymczasem, za każdym razem, kiedy jeden z moich szefów patrzy na mnie wzrokiem niezadowolonym, plus ma minę taką, że jego myśli są prawie na wierzchu („tyle im płacę a im się kurwa chyba nic nie chce!”), mam ochotę podejść i wykrzyczeć im w twarz „oddajcie mi moją młodość!

 

Idealnym rozwiązaniem dla mnie byłoby bycie pracodawcą. Byłabym wtedy straszna, bo dobrze wiem, jak im się wszystkim kurwa nic nie chce.

 

Bo wszyscy proszę Państwa są roszczeniowi.

 

Oddajcie Mi moją młodość.

 

Amen.

jest 2011

2

a mi się wciąż nie chce pisać. 

 

A może pierdolnąć to wszystko i wyjechać w Bieszczady pomyślała ona.

 

To może niech wyjedzie pomyśleli oni.

 

I wyłączyli komputery.

 

I kurwa słusznie.

 

 

 

 

wiecie co?

5

Wiecie co?

Mam taki problem, że chce mi się palić, a boję się wyjść z domu po fajki. Bo jest późno i ciemno.

Już drugi dziń mam ten lęk.

Wczoraj wracałam w nocy do domu, koło 2ej i mi się ten lęk zrodził. Minęłam człowiek o dziwnym rysopisie i tak się go przestraszyłam, że idzie w moją stronę, że zawróciłam do sklepu i kupiłam sobie piwo, którego i tak w domu nie wypiłam, bo mi się nie chciało. A jak wracałam z tego sklepu to ten człowiek z dziwnym rysopisem stał na chodniku i patrzył na mnie. Skierował swój dziwny rysopis centralnie w moją stronę, a ja się wystraszyłam i wiecie co? Biec zaczęłam, ale on mnie wcale nie gonił. Może po prostu stał. Bo se stał i tyle.

A może pomyślał sobie ‚nie chce mi się za nią biec, zgwałcę kogoś takiego, kto idzie wolno’. Prawdopodobnie jest to kolejny przykład na to, jak profilaktyka uratowała komuś życie.

Dziś wieczorem już nie zapalę. Skończyły mi się fajki, projekcje się rozwijają a ja mam wkurwa.

Poza tym…

jestem korporacyjnie wykończona.

Chciałabym inną, niestresową pracę, bo jak widać

od tej mi odpierdala.

Zgadnijcie co. Otóż nic.

5

Spotkałam wczoraj Beztroskiego. Takiego co kiedyś myślałam z nim, że tak to powinno wyglądać. Że szybko i krótko i na niepoważnie, a jak długo i powoli i poważnie to rzygi. O emocjonalności mówię partnerskiej oczywiście.

No to go spotkałam a on do mnie, że co u mnie.

A ja, że u mnie nuda, że po staremu. A on, że ok, a ja, że co u niego a on, że „u mnie dobrze! dobrze!” (był kiedyś w stanach).

Odeszłam więc z oddechem nowych zadań służbowych na plecach, do Niedźwiadka co mnie uczy jeździć autem, odbierając telefon od mojego Stałego Długorzęsego co długo i powoli i poważnie (a jednak się podoba), myśląc o mieszkaniu co muszę się zaraz za nim rozejrzeć.

Ciekawe co u Beztroskiego. Ale tak serio serio.

Pewnie zastanawiacie się (bo co macie innego do roboty) czemu nie piszę, czemu stałam się enigmatyczna i jeszcze bardziej fascynująca.

Otóż stałam się taka przez Złego Człowieka.

Już dawno się nie ekscytowałam swoją luźnią grafomanią oraz nie wymiotowałam swoich myśli na Was.

Nie miałam czasu. Zastanawiałam się, czy obciąć włosy, malowałam paznokcie, patrzyłam na chłopaków czy się patrzą na mnie a jak się patrzyli to zastanawiałam się, czy patrzą, bo jestem taka ładna, czy dlatego, że jestem taka brzydka.

A tak naprawdę nic się nie dzieje.

Lato się kończy, wyjechałabym gdzieś, ale nie mam za co. To może po prostu obetnę te włosy i zostanę w Warszawie. W końcu tu tyle ciekawych rzeczy. Na przykład leżaki nad Wisłą. Na przykład odkryłam nową dzielnicę Warszawy, która się nazywa Żoliborz i, która wygrała plebiscyt, który przebiegł w moich myślach proszę ja Was, plebiscyt na najpiękniejszą część Warszawy.

Gdybyście mieli do wynajęcia bardzo tanio bardzo luksusowe mieszkanie dla spokojnej pary (w bardzo dogodnie położonej części Warszawy) to ja i mój spokojny Długorzęsy chętnie. Musi byś piękne i bardzo tanie, bo jesteśmy wybredni i spłukani.

Stanowię część Spokojnej Pary.

Życie mi się skończyło.

no, siema

5

A może by tak zacząć pisać?

A może poszli do lasu?

hasło

5

niekreatywna@o2.pl

no dobra. lecimy.

5

piję piwo, co ponoć nie jest kobiece. Na swoją obronę dodam jednak, że otworzyłam je pęsetą, co kobiece jest myślę bardzo.

Życie jakoś mnie nie może zafascynować. Nie robię nic ku temu, żeby mnie zafascynowało. Wychodzę jednak z założenia, że ono samo to życie powinno mnie wciągnąć i zafascynować. A jak pisałam, to życie tak mi nie robi.

Byłam dziś u Energetycznej nakarmić jej zwierzęta. Nie zafascynowało mnie to. Koty dwa choć ich miski były puste wcale nie schudły. Oba żyją i mają się dobrze. Zwaliły butelkę po winie na podłogę, wszędzie szkło, nigdzie natomiast nie było krwi. Nuda. Szynszyle jak to szynszyle. Głupie. Zapierdalają po klatce. Jak klatkę otwieram, spieprzają przede mną. Jak zamykam, wyłążą żreć. Nuda.

Nie nakarmiłam krokodyli. Przez chwilę postałam nad ich terrarium (?). Porównywałam jednego z drugim. Mam wrażenie, że jeden nie oddychał. Zafascynowało mnie to, ale tylko przez chwilę.

Swoją drogą, Energetyczna ma wszystko podwójne. ciekawe.

Długorzęsy powiedział, że znalazł mojego bloga. Tzn podał mi trzy swoje typy. Że wrzucił jakieś słowa kluczowe, że trzy typy się pojawiły i tam procentowo zgodność z tym co wpisał. Ja myślę, że on mnie oszukuje, bo ja nie potrafię wyszukiwać tak, żeby mi pokazywało procent zgodności.

Obiecał, że nie czytał i, że czytać nie będzie. Ja jako kobieta, która na bank by przeczytała mu nie wierzę. Że mężczyźni niby tacy dyskretni. Że nie czytają, bo obiecali. To po co szukał zapytuję ja. To jak chłopieck, który podności dziewczynce róg spódnicy i dodaje szybko „przeciez nie zajrzę tam!”. Zajrzy zajrzy. Po to podnosi, żeby zajrzeć.

Kiedyś alkohol mi pomagał. Weny dodawał. A teraz jak widać nie.


  • RSS