![]() |
|
zaskoczonablog Próżność |
no byłam, no 2012-05-17 22:40:03 No poleciałam tam, wsiadłam do pociągu, potem do metra, potem do metra, a potem stałam. Stałam i zastanawiałam się dokąd iść. Miałam wydrukowaną mapkę z drogą z metra do hotelu, obracałam nią we wszystkie strony i nic. Podeszłam do stojącej wiaty z mapą, jeździłam po niej zmarźniętym paluchem i nic. Krążyłam krążyłam, ciągnąc za sobą małą walizkę, w której zacina się rączka, aż pełna dumy, z pogniecioną mapką w ręku dotarłam. Nie ma się co oszukiwać. Byłam w City i byłam z siebie dumna. Czekałam na Rumunkę, a kiedy w końcu dotarła i zaczęła trajkotać okazała się Rzecz Straszna. Nie umiem mówić po angielsku. Po angielsku to ja maile piszę, czasem mogę o finansach pogadać. Ale smoltoki to nie. Rumunka nie była brudną brunetką, nie chciała ode mnie kasy. Nic z tych rzeczy. Była drobną farbowaną blondynką, ze świentnym, uroczo kanciastym angielskim i matczynym do mnie podejściem pomimo tego, że urodziłyśmy się w tym samym roku. Była na maksa entuzjastyczna i profesjonalna. Kiedy zapytałam, czy pali, bo idę na taras ona zrobiła wielkie oczy, klasnęła w rączki i powiedziała "palisz! fantastycznie!" Kiedy paliłyśmy powiedziała "Nie wierzę, że palisz! Booże! Mamy tyle wspólnego!" Nie uważałam, że mamy wiele wspólnego. Ja byłam wyższa a ona niższa, ja byłam z Polski a ona z Rumunii, ona mówiła po angielsku świetnie a ja nie, ona farbowała włosy na blond a ja na rudo. No kurwa nic, tylko palenie, to co ona mówi. Uśmiechnęłam się i odpowiedziałam "Yes!" Rano byłam nieprzytomna, kiedy wyszłam w piżamie, ona już siedziała ubrana profesjonalnie, z ułożonymi włosami, czekającą parasolką, i uprzejmym "jak spałaś? oczywiście, że na Ciebie zaczekam!" Po drodze do firmy, w deszczu trajkotała. Fajna była, bo wszystko robiła za mnie. Na pasach stałyśmy i zaczepiła nas Dziewczyna we Fiolecie. "Przepraszam, wy też na łorkszopy?". To szłyśmy we trzy. Ja, Rumunka i Śliwka Węgierka. Dziewczyna z Węgier miała fioletowy płaszcz i cienie i paznokcie. Bawiło mnie to bardzo. Nie wiedziałam, jak jej wytłumaczyć moje skojarzenia, więc tylko się uśmiechałam z sympatią. Przez to, że niewiele mówiłam i jestem bardzo chuda Rumunka obtoczyła mnie jeszcze mocniejszą matczyną opieką niczym nieśmiałą anorektyczkę. Straszne były te Łorkszopy. Prowadziła je Zimna Belgijka i Ciepły Amerykanin. Widok z okna był świetny. Temat szkolenia do dupy. Szwed wyglądał jak prawiczek, Belg jak szczeniaczek, Holenderka była spoko - też chyba nie chciała tam być. Z czułością jednak wspominam Słowaka. Miał fioletową koszulę, błyszczący fioletowy krawat, złoty sygnet, wielki brzuch i przez cały czas jadł. Przez cały czas. Jedyne co mówił w ramach komentarza do rozmów to "common!". Rumunka powiedziała, że leciała z przesiadką, bo takie bilety były tańsze, firma tak kazała. Słowak podniósł brew, przewrócił oczami i pełen oburzenia powiedział "common!" Potem w przerwie Belg Szczeniaczek powiedział, ile czasu leciał do Londynu. Słowak wykorzystał okazję, gwizdnął z uznaniem i powiedział "common..". Lubiłam, kiedy to mówił. W przerwach chodziłam ze Śliwką Węgierką na fajka. Jej angielski był gorszy od mojego, ale zdawała się tego nie wyczuwać. Zapytałam ją, czy lubi swoją pracę a ona, że tak. Pewnie nie umiała uzasadnić po angielsku, czemu nie, więc poszła na łatwiznę. Wieczorem poszliśmy na piwo, gdzie wypiłam dwa, Rumunka mi zaimponowała bo ni stąd ni zowąd przy piwie zaczęła mówić o międzynarodowym funduszu walutowym. Udało mi się nawet sensownie wtrącić. Szukała słowa a ja powiedziałam "conditions" a ona skierowała we mnie palec i krzyknęła "exactly!". Potem poszliśmy jeść do ładnej restauracji, usiadłam w kącie ze Śliwką Węgierką, ale dosiedli się do nas Ciepły Amerykanin i Brytol o miłym głosie. Brytol zapytał mnie, czy mam sztućce. Nie wiedziałam jak są po angielsku sztućce, domyśliłam się z kontekstu. Wkurzyło mnie to, bo przecież sprawdzałam, jak jest widelec przed wyjazdem, a dostałam po ryju sztućcami. Śliwka Węgierka z każdym wypitym przeze mnie kieliszkiem wina mnie bawiła. Uznałam, że jest super. Lubiłam, kiedy mówiła do Ciepłego Amerykanina. Np zapytała go, co to jest krab. On jej tłumaczył a ona nie rozumiała. Ale wyglądała, jakby jej to nie przeszkadzało. Zamówiła i jadła, nie mając pojęcia co to jest (był zmielony). Spróbowała i powiedziała "very interesting". Zaproponowałam fajka, ona, że chętnie i niestety Ciepły Amerykanin powiedział, że też chce. Zapytał mnie "do you smoke normal ones?", a ja się rozpływałam nad tym, że nie! Głównie palę wieczorami! Pierwszego papierosa zapalam po pracy! Patrzyłam na jego zdziwioną twarz, zrobiłam pauzę i sprostowałam. "Palę cienkie". Na szczęście potem Śliwka Węgierka zakryła moją wpadkę. Kiedy otworzyliśmy butelkę wina, zaświeciły jej się oczy i postanowiła kulturalnie zagadnąć Amerykanina "You like red or white wine?" 'what do you offer to me?". Pokochałam tę dziewczynę. Od samego początku zresztą, kiedy skwaszona w firmie podeszła do mnie ze swoim identyfikatorem i zapytała mnie, czy dobrze mi wpisali nazwisko, bo do jej imienia dodali "s" na końcu. Ildikos. Jak jakiś grecki bożek. Upiłam się. Kiedy wróciliśmy do hotelu podszedł Słowak i zapytał, czy idziemy pić dalej. Ja mówię do Śliwki Węgierki "idziemy?" a ona, że nie. Słowak spojrzał na mnie i powiedział "heej, commooon!". Mimo tego, że nie poszłam, rano miałam mega kaca i rewolucje żołądkowe. Drugi dzień szkolenia upłynął mi pod znakiem przysypiania, przyjmowania zimnego spojrzenia Zimnej Belgijki i ogólnego poczucia kompromitacji. W przerwach ludzie stali przy wielkiej przeszklonej ścianie, i na tle panoramy londyńskiego city nawiązywali kontakty. Ja siedziałam z zamkniętymi oczami przy wielkim pustym stole i masowałam skronie. Chciałam do domu. Wracałam z Rumunką, bo miała samolot o tej samej godzinie. Nie miałyśmy jak kupić biletó do metra. Automaty nie chciały naszych kart, nie miałyśmy bilonu, a stanowiska z ludźmi były nieczynne. W jednym okienku siedziała baba ale nam pokazywała kartkę z napisem 'nieczynne' Rumunka opanowana jej tłumaczyła, że musimy kupić bilet, że samolot i usłyszała w odpowiedzi zniecierpliwione 'i dont care'. Kiedy spojrzałam na Rumunkę, która przez cały wyjazd była mega opanowana - zobaczyłam wrak człowieka. Z oczy płynęły jej łzy, wymachiwała środkowym palcem we wszystkie strony i krzyczała 'fuck you london, i hate london'. Tym razem ja byłam jej matką. Pojechałyśmy na gapę. Dobrze być w domu. Mam wyjebane na Londyn. Za to pobiłam rekord dlugości notki. skomentuj(4) London Bejbe! 2012-04-11 21:17:50 Jestem zestresowana permanentnie. Bo. Czuję się jak dziecko jeszcze. Najbardziej to tak się czuję w pracy, kiedy mnie wysyłają na Trudne Spotkania. Muszę wtedy udawać Dorosłą, co mnie kosztuje masę nerwów. Muszę udwać, że się znam na różnych rzeczach i branżach, a do tego mi dorzucili, że muszę udawać znajomość języków. Zostałam wydelegowana do londonu (tak, ubiegając komentarze, wiem, że nie ma takiego miasta londyn). Jest to zaiste ekscytujące, tym bardziej, że mój angielski jest bardziej niewerbalny niż werbalny. Czuję stres. Będę musiała się dostać z giga lotniska do innej części miasta pociągiem, potem metrem a potem jeszcze raz metrem. Sama. Nie mam sense of space nawet w moim rodzinnym mieście Warszawie. Czuję się podekscytowana i przerażona. Prozac poganiający Xennę Ekstra. Do tego dostałam maila, że będę zakwaterowana z Rumunką. Wiecie jak jest. Nie dość, że obce miasto, to jeszcze łorkszopy po angielsku, smoltoki i najgorsze jest to, że trzeba spać z otwartymi oczami, żeby ci Rumunka portfela nie zakosiła. Ale spoko, może okaże się fajna i wieczorem wyskoczymy na Żebry. Będę też miała kolację internacjonalną. Specjalnie na tę okazję wykupiłam sobie onlajnowy kurs angielskiego celem refreszing maj inglisz. Musiałam sobie przypomnieć, jak jest po angielsku widelec. Kiedy to sprawdziłam, okazało się, że ja wcale tego nie zapomniałam. Ja zwyczajnie nigdy nie wiedziałam. Dzięki temu, że sprawdziłam, uniknęłam kompromitacji siedzenia nad rybą i proszenia kelnera o łyżkę. Bo jak jest łyżka to wiem. Z tych kilku godzin kursu onlajnowego, który sobie zafundowałam zapamiętałam dwa zdania: She attempted to smile. i Children love to have stories read aloud to them. I tym zamierzam podbić serca internacjonalne podczas kolacji. Na łorkszopach postanowiłam być wycofana. Znajomi zaproponowali, żeby wzięła ze sobą kamerę i kręciła z ręki film z mojej podróży z lotniska do hotelu. Miałaby to być wielkomiejska wersja 'blair witch project'. Myślę o tym Ściskając w ręku Stoperan. skomentuj(5) Jestem sprzedajną konkursową lafiryndą. Przepraszam. 2012-03-29 21:35:21 Rozmawiałam z Woodym i on mówi do mnie, że wiesz co? No ta Żółkowska bardzo w porządku. Nerwowa taka jak lubię, chodziła w te i we wte, może chudsza powinna być, bo neurotycy wychudzeni zawsze, ale wiesz. Może po psychotropach napuchła, niech będzie. Napawają mnie radością w teatrze i w książkach i w ustach ludzi z pozoru eleganckich Wulgaryzmy. Cieszy mnie Allen za te Wulgaryzmy właśnie, a teatr mnie cieszy za to, że te Wulgaryzmy na deski wpuszcza. Bo, kiedy nic się nie dzieje, wchodzi Wulgaryzm to się ludzie na widowni cieszą. Bo aktor ma taki brudny język. Że ojej. Jak widz po wyjściu ze sztuki, kiedy zdejmie krawat i korale i ray bany i nałoży sobie na usta wkurwęmać i zajebistość. Nie szkodzi, że nie słyszałam rechotu. Allen nie jest do rechotu tylko uśmiechu półgębkiem. Tyle o Allenie. Co do sztuki, abstrahując od Kogoś Obok Mnie, kto co chwilę na mnie zerkał śledząc moją reakcję, być może po to, żeby moją reakcją inspirować swoją - było przyzwoicie. Do momentu pseudozabawnego przerywnika, gdzie zdubbingowany Allen rzuca przefascynującą informację o przerwie, a po przerwie przefascynująco wita nas z powrotem. Gdyby mnie ktoś zaraz po sztuce zaczepił na ulicy i wrzasnął 'zabawa w skojarzenia!' ja bym odwrzasnęła 'okej!' a ta osoba rzuciłaby 'central park west!' bez zastanowienia odpowiedziałabym 'czarny penis, żółta sukienka!'. Wiem, że to mało. Ale Allen nie może być opowiedziany i interpretowany przed. Ja mam taki zwyczaj, że jak ktoś, komu ufam poleca mi film to ja nie chcę wiedzieć, o czym jest. Chcę wiedzieć, że mnie zaskoczy, że jest świetny. Chcę się dziwić od początku do końca. I z takim nastawieniem polecam iść na tę sztukę. Czyli bez nastawienia. A i polecam iść z kimś, obstawić się znajomymi ludźmi, żeby uniknąć sytuacji, że zamiast cieszyć się z relaksu będziecie siedzieli obok kogoś, kto w was wzbudzi alergię psychiczną. Świąd myśli. Chociaż cholera wie. Może Allena powinno się oglądać na Wkurwie. skomentuj(3) Przyjedź po mnie. 2012-03-19 22:04:28 Ja nie wiem, czy się do tego teatralnego świata nadaję. Mnie wychowała Korporacja. Niestety i Stety. Przedłużenie Liceum. Wyobrażam sobie, że pójdę na tę przedpremierę i mnie capnie jakaś niunia i powie 'a ty też z konkursu? A jaki jest adres twojego bloga?'. Zastanawiam się jak grzecznie odmówić podania tej informacji. Najlepszą odpowiedzią wydaje mi się Ssij. Chamstwem między oczy dla podtrzymania samotności. Obejrzałam filmik z premiery takiej sztuki w tym teatrze. Że aktorzy, flesze, górale, mikrofony, podnieta, uśmiechy śnieżnobiałe. I wyobraziłam sobie, że nagle by mnie tam wrzucili. I dodali "no idź do nich, rozmawiaj. Poczuj ducha teatru!" I, że podchodzę z dyktafonem (założyłam, że sobie załatwię dyktafon) podejdę do aktorki albo aktora i powiem co. No właśnie siedzę i zastanawiam się co ja jej albo jemu powiem. Może "ej, a jak Wy tam gracie i to światło daje po oczach, to Wy nas na widowni widzicie?" "acha, no ok, dzięki". I w tle surowa mina Derektora, który mówi do innego Derektora 'ej, stary, co to ma być? Właśnie dostrzegłem, że ta osoba nie czuje ducha Teatru!' No to stoję tam. I myślę sobie, co ja mam tam napisać. Na tym blogu. I jedyne co mi przychodzi do głowy to 'Pytałam i mówili, że oni nas tam nie widzą. Z powodu światła, które ich oślepia'. Mogłabym być takim łącznikiem, donosicielem. Donosiłabym im na siebie nawzajem. Widzom na aktorów i odwrotnie. Pewnie stałabym tam, na jakimś bankiecie i w końcu wyciągnęłabym telefon i zaczęłabym udawać, że czytam lub piszę bardzo ważnego esemesa. O treści. "Przyjedź po mnie". skomentuj(1) W totolotka też nie wygrywam, ale zawsze wierzę, że się uda 2012-03-04 20:13:55 Najbardziej inspiruje mnie Zdziwienie. Takie coś, że się zatrzymam i pomyślę 'ale jak to?'. Przystanę, z niedowierzaniem wskażę to palcem i rozejrzę się wokół szukając ludzi, którzy tak jak ja są zdziwieni. A najbardziej inspirujące jest to, kiedy wokół nikogo nie dziwi to, co ja widzę. To ja mogę się zdziwić podwójnie i odczuwać intensywniej. Topielec. Dziś z Wisły wyłowili Topielca. Słońce mnie raziło, przedwiośnie budziło, wydychałam z ulgą zimę i zobaczyłam, że policja stoi nad Topielcem. Kontrast. Topielec kontrastował z Warszawą, którą przedwiośnie zaczęło wybudzać z marazmu. Leżał sobie na plecach, miał za krótką kołdrę z folii. Wystawały jego stopy i głowa. Starsze panie z nordic walking zerknęły na Topielca, uśmiechnęły się do siebie i dalej spacerowały. Ludzie robili sobie zdjęcia na tle Przedwiośnia. Ja psu piłkę rzucałam, a pies za nią biegał. I dziewczynka taka zapytała, czy może rzucić, a ja, że może, ona rzucała i pies biegał. 'Zostaw pieska, w domu masz dwa' powiedziała mama dziewczynki, a dziewczynka na to z grymasem, że jej pieski nie aportują. A Topielec grzał się w słońcu, kontrastując z życiem, co się właśnie dookoła uaktywniało. Pewnie do tego konkursu powinnam napisać, że inspiruje mnie dobry teatr albo dobra książka albo dobry film. Ale nie. Inspirują mnie ludzie. Żywi lub martwi. Swoją notkę dedykuję Topielcowi. Mam tę pracę? skomentuj(3) Za chwilę będę próbowała się sprzedać 2012-03-04 20:10:05 proszę o wyrozumiałość. skomentuj(0) Dobry wieczór 2012-02-11 23:41:51 Dawno nie pisałam, ale mnie zainspirowała (tu nowe pojęcie) wirtualna rzeczywistość. Nie oszukujmy się. Nie dość, że nie pisałam bloga, to nie czytałam innych. Nie oszukujmy się dwa. Jak pisałam to też nie czytałam innych, bo wiadomo, wszystkie są nudne. No może dwa albo trzy, ale z doskoku. Nadrabiam zaległości i oto co mnie wkurwia. Walniesz notkę, nie oszukujmy się. Rzygniesz słowem. Nieprzemyślanie, albo raczej przemyślanie spontanicznie, czyli tak jak ja teraz piszę na tych za małych klawiszach na netbuku (więc darujcie sobie potencjalne wypominanie literówek czy czego tam chcecie onetowcy pieprzeni). Otóż, jak ktoś coś pisze, często ma na to wyjebane. Więc nie moralizujcie, nie naprowadzajcie na dobrą drogę, nie wydłubujcie empatii i nie interpretujcie z przekonaniem trafności. Bo skończycie jak marni poloniści, którzy myślą, że wiedzą, co poeta miał na myśli. A wiadomo, że On Sam nie miał tej wiedzy tak do Końca. Dziękuję. Ja i moje wino z .idla. Zachęćcie mnie do pisania. Bądźcie mądrzy. skomentuj(3) także tak to właśnie wygląda 2012-02-06 18:27:05 że tamta notka jest stara, ale dla anonimowości wrzuciłam ją na innego bloga, którego mi się nie chciało prowadzić od zera. Teraz mi też się nie chce od zera, więc wzięłam tamtą. Będę znów pisała bo chcę poklasku i splendoru oraz, bo mam przerośnięty sentyment. Poza tym, mam chujowe życie i wymyśliłam se, że tutaj se je będę urabiać i autoironizować, żeby mnie rozbawiło. skomentuj(2) się stało w czerwcu 2011 2012-02-06 18:21:54 W tym smutnym dniu poszłam uśpić Psa. Po osiemnastu latach stwierdziłam, że Psa nie kocham. Po uśpieniu okazało się, że jednak kocham. Ale ja o przed. Pani z pudełkiem na buty, w poczekalni: A co jest pieskowi? Jak to co? Pani z pudełkiem na buty, w poczekalni: Chory jest? Tak, idę go uśpić. Pani z pudełkiem na buty, w poczekalni: Oj, przepraszam <chwila milczenia>A mogłybyśmy połączyć te dwa przykre wydarzenia? Mam tu srokę do uśpienia. To bym już nie czekała. Do uśpienia? To pytanie zadaję sobie do dziś. Przecież ta sroka już spała. Śmierć mojego Psa kosztowała 85 zł. A sroki dychę. Przesrane, mówię Wam. skomentuj(0) projekcje profilaktyczne, czyli o lekarzofobii 2011-06-09 18:04:03 Źle się czułam jadąc do pracy. Myślę umówię się do lekarza. Dzwonię. Umówiłam. W pracy siedzę i myślę sobie. iść. nie iść. zrzygam się. kaszlę. ale przecież chodzę, mówię - nie pójdę do lekarza. Poza tym mam sukienkę, nie mam stanika. Lekarz to pewnie zbok, jak ten z telewizji, co cycki zawsze chciał oglądać. i waginy. a to internista był. A nawet jak nie będzie chciał oglądać cycków to zwolnienia mi nie da. Bo kasłać to mogę w pracy też. co za różnica. Nie idę. Mówię głośno w pokoju. iść, nie iść do lekarza? Złotowłosa mówi, żeby iść. Że co mi szkodzi. Nie opowiadam jej swojej projekcji, i tak nie zrozumie. Idę. choć nienawidzę lekarzy.
Wchodzę, patrzę - siedzi stary zbok. Opowiadam co mi jest, wiedząc, że to nic poważnego, tak też mówię. On mi każe się rozebrać to ja szybko mowię, że sukienki nie zdejmę! nie zdejmę!
A on na to "to nie".
Wypisał zwolnienie. Na tydzień.
Wyrwałąm i uciekłam.
Teraz odpoczywam. Duszę się i smarkam. Wywalczyłam to. Ech. Co to była za wojna skomentuj(2) |
2012 |